Opublikowano:

Basen z przedszkolakiem

Basen z przedszkolakiem to nie lada wyzwanie szczególnie w okresie jesienno- zimowym.

Środa to u nas w tym roku dzień basenowy. Nie jesteśmy rodziną pływaków, ale woda w naszym życiu ma szczególne miejsce. Od dziecka żeglujemy lub mieszkamy w pobliżu mniejszych, większych akwenów wodnych co wiązało się z posiadaniem umiejętności pływania. Wiemy, że bezpieczeństwo to kwestia ważniejsza niż czerpanie frajdy z kąpieli, dlatego między innymi zapisaliśmy Franka na kurs pływania do profesjonalnej szkoły Activ Time w Wałbrzychu.

Trzylatek na kursie pływania?

Pokoleniu naszych rodziców może się to wydać dziwne, bo przecież większość z nas uczyła się pływać w wieku szkolnym. Również rzadko kto korzystał z kursów. Zazwyczaj uczyliśmy się pływać od starszego rodzeństwa lub znajomych. Dziś mamy możliwość oddać malucha w fachowe ręce i już w wieku trzech lat oswoić go i nauczyć podstaw radzenia sobie w wodzie. Maluch zyskuje lepszą odporność organizmu na infekcje i poprawia koordynację ruchową. Pływanie zapobiega wadom kręgosłupa, a jest świetnym treningiem całego ciała. Dodatkowo zajęcia odbywają się w grupach dzięki czemu dla maluchów to super zabawa.

Kluczowa kwestia- czas

Jak organizujemy dzień wyjścia na basen? Mieszkamy w małej miejscowości, więc dojazd na basen zajmuje nam około 45 min. To nie wiele, choć po przedszkolu Franek zawsze w samochodzie usypia. Niby nic takiego, ale wprowadza to wiele zamieszania na początku naszej basenowej przygody. Zacznę, więc od początku. Torbę na basen pakuję już rano, żeby nie martwić się tym przed wyjściem (czas). Po odebraniu Franka z przedszkola wpadamy do domu na małą przekąskę (warunek konieczny powodzenia misji)- banan z jogurtem, kanapka z dżemem. Wszystko co naładuje malca energią, bo jak wiemy sport na głodzie nie sprawia przyjemności. Biegiem do auta i w drogę. Staram się przyjechać pod halę basenową pół godziny wcześniej, a dlaczego? Kto z Was lubi zaraz po przebudzeniu kąpielówki i światło jupiterów?

W szatni

Tutaj też kwestią kluczową jest czas. Dobrze przygotowana i zmyślnie zapakowana torba ułatwia organizację w szatni. Ręczniki i rzeczy potrzebne na hali basenowej mamy w jednej torbie. Buty (w okresie jesienno-zimowym zazwyczaj mokre) w drugiej, nieprzemakalnej. Obie torby wkładamy do jednej dużej, dzięki czemu nie mamy pryzmy rzeczy wysypujących się z małej basenowej szafeczki. Buty nie brudzą szafki i nie musimy zostawiać ich pod ławką.

Na kursie

Kurs prowadzony jest przez profesjonalistów, więc naprawdę nie ma potrzeby, aby siedzieć z maluchem i powtarzać to co powiedziała Pani/Pan prowadząca. Jednak na pierwszych zajęciach warto malucha oswoić z zostawaniem w obcym miejscu i być gdzieś w pobliżu, aby czuł się pewnie. Ja przed zajęciami poszłam z Frankiem do basenowego sklepiku i poprosiłam, żeby wybrał mi czepek. Dzięki temu, że zrobił to sam zapamiętał jego kolor. Zostawiając go na zajęciach ubierałam ten czepek, mówiłam, na który tor idę i szłam pływać. W basenowym tłumie zawsze udawało się Frankowi odnaleźć moją zieloną głowę i spokojnie dotrwać do końca zajęć.

Po basenie

Znowu przekąska, tym razem większa i w drogę powrotną. Zazwyczaj z tylnego siedzenia przez 45 minut słyszę: ,,Mamusiu, ale było fajnie. Skoczyłem do wody. Chlupnęło, płynąłem szybko. Ale było fajnie…”

Generalnie polecamy tę formę zajęć dla dzieci, bo i my dorośli możemy przez godzinę korzystać z basenu, na co pewnie nie znaleźlibyśmy czasu w tygodniu pracy.

Opublikowano:

Książki dla dzieci. Od noworodka do trzylatka.

Książki dla dzieci…ostatnio ktoś mnie zapytał czy czytam Frankowi tak jak w filmach? 🙂 i jak to zrobiliśmy, że Franek godzinami może siedzieć i patrzeć w książeczki? Wtedy się nad tym zastoanowiłam, bo nie przywiązywaliśmy do tego większej wagi, a jakoś się udało. Jest to jedna z niewielu form, które potrafią go unieruchomić na dłuuuuugiiii czas. A było to tak…

Początek

Może ciężko w to uwierzyć, ale pierwszą książką Franka był ,,Harry Potter i kamień filozoficzny”. Tak, tak właśnie ta. Jako świeżo upieczona mama nie miałam siły czytać wymagających książek, ponieważ najzwyczajniej w świecie nad nimi usypiałam. Wymyśliłam wtedy, że będę czytać coś lekkiego, a najlepiej coś co już znam. Żeby czytać dla samego czytania, które uwielbiam. Ponieważ jestem od lat młodości fanką przygód Harrego, postanowiłam czytać właśnie o nim. Jedynym czasem kiedy mogłam to robić były chwile spędzane w fotelu do karmienia z Frankiem na kolanach. Wtedy pomyślałam- co mi tam, będę czytać na głos to i on posłucha. I tak rozpoczął swoją przygodę w świecie magii.

Książeczki obrazkowe

Czas ten zakończył się, kiedy zaczęłam dokarmiać Franka butelką. Najzwyczajniej w świecie brakowało mi ręki, która jeszcze trzymałaby książkę, więc nastąpił okres książkowej stagnacji. Książki płynęły do nas strumieniami, ale Franek był na nie za mały. Jedyną opcją było stawianie przed nim książeczek obrazkowych, które polecają wszyscy psychologowie, pedagodzy etc. Zatem przez kilka miesięcy patrzył się na białe jabłko na czarnym tle czy czarną łyżwę na czerwonym tle, koparki, pieski, kotki, kaczki w różnych kolorach.

Książeczka w małych rączkach

Jego własna przygoda z książeczką zaczęła się myślę około 6 miesiąca życia, kiedy już sam sobie siedział i potrafił skupić uwagę na dłużej niż 5 sekund. Wtedy otworzył się przed nami wachlarz możliwości. Książeczki kartonikowe z wszelkimi obrazkami opisującymi świat miały wzięcie do tego stopnia, że niektóre z nich zakończyły swój żywot po roku.

Przetrwała na przykład książeczka TARO MIURY ,,Hej, ho!” oraz druga z tej serii ,,Zostaw to mnie”. Książeczki mogą wydawać się nieco dziwne, ale w sposób statyczny pokazują ruch 🙂 magia. Prosto narysowane maszyny budowlane wykonują proste czynności. Możemy nauczyć dziecko, gdzie jest koło, a gdzie łycha w koparce. Jakie kolory mają pojazdy i czy przesuwają ziemię czy ją przywożą. Wbrew pozorom tych kilka obrazków może nauczyć wiele. Książeczka bardzo nam się podniszczyła, ale nie rozpadła się co chyba świadczy o dobrej jakości wykonania.

Krasnoludki to kolejna książeczka, która bajkę opowiada w inny sposób, bo możemy ją śpiewać! Dzieci bardzo lubią słuchać śpiewu mamy, a do tego jeśli połączymy to z kolorowymi obrazkami zabawa murowana.

Książeczek kartonikowych jest w ofercie wydawnictw mnóstwo. Uczą o wszelkich dziedzinach życia począwszy od owoców i warzyw kończąc na skomplikowanych maszynach budowlanych. Można przebierać w kolorach, grafikach i szukać tych, które będą maluchowi odpowiadały najbardziej. Z góry ostrzegam, że nie zawsze te, które podobają się najbardziej mamie wybierze maluch. Moim koronnym przykładem była bardzo szpetna bajeczka o zwierzątkach na wsi. Ja nie mogłam patrzeć na zestawienia kolorów i sposób przedstawienia zwierzątek, natomiast Franek przez długie tygodnie wybierał sobie zawsze tę książeczkę. Niestety nie ma jej już na naszej półce 😉

Roczniak

Powoli przechodziliśmy od książeczek z jednym obrazkiem do tych, które proponują obrazkowe historie na jednej stronie. I tu na przykład polecam serię ,,paluszkiem”. Książeczki, w których maluch może ruszać obrazkami pochłonęły Franka na jakiś czas. To wspaniałe mieć wpływ na to co stanie się z obrazkiem. Maluchy to uwielbiają!

tu na zdjęciu jedna z wielu książek z tej serii.

Kolejnym hitem była książka ,,Mamoko”. Jeśli powiecie przy moim mężu ,,mamoko” z pewnością odpowie ,,pan kosi trawę” 🙂 już tłumaczę dlaczego. Jest to książka, która w obrazkowy sposób opowiada historię codzienności w mieście. Na każdej ze stron jest mnóstwo postaci, które robią coś w ciągu dnia. Każda kolejna strona to ciąg dalszy historii tych postaci. Książka nie ma tekstu. Możemy tworzyć go sami. Mówić co przyniesie nam na język wyobraźnia. Tworzyć mnóstwo ciekawych historii i bawić się razem z maluchem. U nas książka sprawdziła się podczas 10 dniowego pobytu w szpitalu, dlatego udekorowana jest naklejką ,,dzielny pacjent”. Przez 10 dni na zmianę z mężem odpowiadaliśmy na pytanie: co to? Dotyczące postaci z kosiarką 🙂 Po tym czasie Franek upodobał sobie następną postać, potem następną….Książka była w używaniu długi, długi czas.

Graficznie, kolorystycznie przeciekawa. Polecam każdemu

Zmiana proporcji

Około 2 roku życia Franka zauważyłam, że proporcja tekst-obrazek zaczęła się nieco zmieniać. Już był w stanie dłużej skupić się na tekście słuchanym, dlatego zaczęły być przydatne książeczki, które opowiadały proste historie. Np. Trzy małe świnki

Obrazki, krótkie teksty i stara jak świat historia, która kończy się nieco przeraźliwie 😉

W 80 dni dookoła świata

Zbliżamy się do 3 urodzin Franka. Jest on w tym wieku w stanie siedzieć i słuchać całego opowiadania Jules’a Verne ,,W 80 dni dookoła świata”, a to naprawdę ciekawie czyta się już osobie dorosłej, czyli nie zasypiam już nad wierszykami o zwierzątkach.

Opowiadania ,,W 80 dni dookoła świata” czy ,,Czarnoksiężnik z krainy Oz” wymagają już skupienia na tekście słuchanym.  Obrazki są tu jedynie dodatkiem, ale szalenie istotnym.

Mądra mysz

Kolejna seria przetłumaczona z języka niemieckiego stąd grafika jest nieco ,,niemiecka”, to seria ,,mądra mysz”. Książeczki maja naprawdę niesamowitą wartość merytoryczną, ponieważ pokazują dzieciom wszelkie zawody (jak i gdzie pracuje dana osoba) czy miejsca z życia codziennego np. weterynarz, ratownik medyczny, lotnisko czy port. Czasami i rodzic może dowiedzieć się z nich czegoś ciekawego.

Szczerze polecam, choć przyznaję, że niekoniecznie sięgnęłabym po tą pozycję na półce w księgarni, bo kupujemy raczej oczami.

Poczytaj mi mamo

Trzy tomy opowiadań dla dzieci, które zna całe moje pokolenie. Seria ,,Poczytaj mi mamo” zebrana i przedrukowana na nowo, ale z ilustracjami sprzed 30 lat. My rodzice czytając dzieciom przenosimy się w świat naszego dzieciństwa. Trzeba również wspomnieć tu o polszczyźnie jaką pisane są te bajeczki. Jest ona zgoła odmienna od tej, którą pisane sa bajki dziś. Pełniejsza, piękniejsza. Polszczyzna, której niebawem już nie będziemy słyszeć w życiu codziennym, a szkoda.

Książki wymagają dobrej dykcji 😉

Jak zbudować samochód

Absolutny hit dla wszystkich fanów motorsportu. ,,Jak zbudować samochód” to książka, w bardzo skrupulatny sposób opowiada o budowie auta. Gaźnik, wahacze, tłoki. Wszystko jest rozrysowane, szczegółowo opisane i okraszone historią o mocy przyjaźni. Wszystkim niefanom motorsportu również polecam, bo czasem przydaje się wiedzieć co zepsuło nam się w aucie i dlaczego 😉

Bez dwóch zdań można stwierdzić, że jest to książka, po którą można sięgać przez całe życie.

Książki niedawno kupione

 Trzy ostatnie pozycje w moim i tak okrojonym zestawieniu to książki ,,nowoczesne”. Wydane niedawno. Pięknie ilustrowane. Każda zgoła inna.

PUCIO- lekka, łatwa historia rodzinnych wakacji. Ładne ilustracje, dziecięce przygody. Dobrze i szybko się to czyta. Duże kartonikowe strony sprawiają wrażenie niezniszczalnych. Czas pokaże 🙂

Lekko, łatwo i przyjemnie.

,,Pszczoły” i ,,Moja pierwsza mitologia” to dla mnie dwa hity, dlatego zatrzymam się tu nieco dłużej. Pszczoły to pięknie wydana książka, którą rzekomo podczas wizyty księcia Williama w Polsce zostały obdarowane jego dzieci. Pięknie ilustrowana, z mądrym, merytorycznym tekstem, z którego dowiadujemy się jak żyją pszczoły. Poznajemy jak hodowano pszczoły w przeszłości, jak wyglądały ule i wiele, wiele innych pszczelich ciekawostek. Absolutnie konieczna pozycja na półce z książkami nawet, jeśli nie posiadacie dzieci.

Kolejna pozycja, która była dla mnie wielkim zdziwieniem to dziecięca mitologia. Wszystkie historie o bogach i herosach przedstawione w bajkowy, przeciekawy sposób. Dopiero ta książka uświadomiła mi jak ciekawa jest mitologia i jak używając nieco wyobraźni te na pozór nudne historie mogą być wciągające i zabawne. Książka udekorowana świetną grafiką. Każdy mit to oddzielna, krótka historia. Świetnie się to czyta z trzylatkiem.

Jak ważne są pszczoły dla naszej cywilizacji wiemy wszyscy, ale czy wiemy jak żyją i jakie było ich znaczenie w przeszłości?

Moje książki z dzieciństwa a książki dziś

Moja rodzina wspomina do dziś i na pamięć zna wersy: ,,leciały dzikie gęsi nad….” Moje ulubione opowiadanie ze wczesnego dzieciństwa. Myślę, że mój tato wyrobił normę czytania tych wersów za cały naród 🙂 ostatnio ściągnęłam ze strychu rodziców karton z moimi starymi książeczkami. Może rozpoznajecie niektóre z nich? Jeśli tak, to zakochacie się w nowej odsłonie serii ,,poczytaj mi mamo”, o której pisałam powyżej. Wałkujemy teraz z frankiem ,,Katar żyrafy” i ,,Daktyle”. Na ,,Pana Kleksa” jeszcze przyjdzie czas. Przyznam, że nie mogę się doczekać 😉

Czy książka jest dobrym pomysłem na prezent dla dziecka?

Myślę, że jest to pytanie retoryczne. Oczywiście, że jest to dobre rozwiązanie na prezent w każdym wieku. Zawsze na pierwszej stronie możemy wpisać specjalną dedykację, do której po latach na pewno z ciekawością dziecko wróci. Książki są prezentem na całe życie i nawet stare przykurzone nie tracą swojej wartości. Dlatego kupujcie i czytajcie dzieciom książki! Czas z nimi na pewno nie jest czasem straconym.

Opublikowano:

Pies i dziecko (Franek) – słów kilka

W rodzinnym domu mieliśmy dwa duże psy, które rzekomo miały chronić dobytku. Jak to zwykle bywa ich rola sprowadzała się do jedzenia dużej ilości jedzenia i wyprowadzaniu swoich właścicieli na długie spacery. Nie myślałam wtedy, że w moim życiu zagości jeszcze jeden czworonożny przyjaciel, bez którego obecnie nie wyobrażam sobie naszego domu.

A było to tak…

W piątym miesiącu ciąży, kiedy Michał (z naszej dwójki to on jest tym bardziej prozwierzęcym:)) wyjechał na trzydniową delegację ruszyło mnie sumienie i zadrżało mi ciążowe serce, więc postanowiłam przygarnąć psa po przejściach i odmienić jego los. Pomyślałam: pojadę do schroniska, przygarnę czworonoga, który stanie się członkiem naszej rodziny. Potem urodzi się Franek i będą sobie spali na jednej leżance i wyprowadzali się na spacery. Nic bardziej mylnego. Całe szczęście spotkałam na swojej drodze osobę bardziej biegłą w psich tematach, która uczuliła mnie na fakt, że nie wszystkie psy po przejściach lubią małe dzieci! Nie wszystkie psy po przejściach dobrze zniosą mieszkanie z raczkującym bobasem. Nie wszystkie psy po przejściach będą zostawały same w domu, kiedy ja wrócę do pracy. Dobre serce to nie wszystko! Psa przygarnąć trzeba z głową! Podchodząc do tematu lekkomyślnie, kłopot może mieć cała rodzina i biedne niewinne zwierzę.

Węgielek

Z pomocą i dobrymi radami przyszły mi dziewczyny z Fundacji Węgielek, które w 100% poświęcają się zwierzętom i starają się przywrócić im godne warunki życia. To one w domach tymczasowych dbają o psy, ale też obserwują. Są w stanie powiedzieć czy pies dobrze dogaduje się z innymi psami (istotne, kiedy w rodzinie są już jakieś czworonogi) lub czy dobrze znosi towarzystwo dzieci ( w naszym przypadku była to sprawa priorytetowa). Poprzez Fundację Węgielek trafiła do nas Gruszka tzw. piesek lisek. Ze zdjęć wnioskowałam, że to większy jamnik, a okazało się, że do domu przywiozłam liska:) Gruszka skradła nasze serca. Zrobiła to w 5 minut.

Po czterech miesiącach pojawił się w domu ktoś jeszcze

Franek. Urodził się 15 kwietnia, czyli dokładnie 4 miesiące po tym jak w naszym domu zamieszkała Gruszka. Wyczytaliśmy cały internet o tym jak przyzwyczajać psa do noworodka (na przykład przed przyjściem ze szpitala porozkładać dziecięce ciuszki z zapachem maleństwa) po czym zauważyliśmy, że nasze starania były zupełnie bez sensu. Gruszka nie zwróciła uwagi na maleństwo, które absorbowało uwagę całej rodziny. Spokojnie przesypiała dnie i noce na swojej ulubionej leżance pod schodami czasem tylko wychodząc żeby ktoś ją głasknął. Pewnie myślała: ,,dzień jak co dzień” mijając mnie w amoku szykującą butelkę mleka czy Michała setny raz sprawdzającego temperaturę wody w wanience. Czasem przychodziła do mnie w porze karmienia i kładła się pod moimi nogami.

Pies i dziecko- chwile niepewności

To musiało nastąpić. Nadszedł dzień, kiedy Gruszka poczuła się zagrożona. Zagrożeniem stał się raczkujący Franek (nie używałam kojca, więc Franek raczkował po całym domu). Wcześniej leżący i pełzający nie robił na niej wrażenia. Dopiero, gdy ruszył przed siebie zaczęła się stresować. Kilka razy wystraszył ją szybko podchodząc do jej leżanki. Szczeknęła dwa razy i odeszła. Zaczęliśmy się obawiać. Z pomocą przyszła nam nasza pani weterynarz, która ze stoickim spokojem powiedziała: ,,to normalne”. ,,Gruszka to mądry pies. Musi znaleźć swoje miejsce w stadzie. Dajcie jej czas, ale nie możecie jej pobłażać”. Poleciła przez dwa tygodnie dawać Gruszce zioła na uspokojenie, aby się nie stresowała i zobaczyła, że Franek  jest człowiekiem. Każdą formę agresji wobec dziecka mieliśmy negować i odsyłać Grusię na swoją leżankę. To naprawdę zadziałało. Konsekwencja i trzymanie się wyznaczonych zasad pomogło im nauczyć się siebie nawzajem. Franek nauczył się nie podbiegać do Gruszki. Gruszka nauczyła się odchodzenia do siebie, gdy tylko poczuła się zagrożona lub miała dość piszczenia i hałasu.

Pies- zbawienie

Poza wszystkimi oczywistymi zaletami i walorami czworonoga w domu jest kilka nieoczywistych. Kiedy zaczynami przygodę z nauką malucha samodzielnego jedzenia pies jest niezastąpioną pomocą i towarzyszem. Każda forma jedzenia, która wypadła Frankowi na podłogę (a w początkowym etapie są tego tony!) znikała w oka mgnieniu. Jakże smakowały Gruszce różyczki niesolonego brokuła z ugotowanym na miękko makaronem! Może dlatego nauczyłam Franka szybko jeść samemu, bo tylko częściowo musiałam to sprzątać. Następnym niezaprzeczalnym atutem jest efekt przyzwyczajenia dziecka do psa. Dzięki temu, że Franek mieszka z czworonogiem od urodzenia, nie reaguje euforycznie na obce psy. Nie podbiega, nie szarpie za ogon, bo ma psa na co dzień i etap szarpania za ogon już dawno za sobą, a obce psy mogą zareagować na to różnie- niebezpiecznie. Dzięki Gruszce uczymy Frania empatii i wrażliwości na potrzeby ,,braci mniejszych”. Choć czasem niechętnie, ale ,,trzeba iść na spacer z Grusią”.

Kumple

Pierwszy raz przywiązanie ze strony Gruszki (zazwyczaj okazywała Frankowi obojętność) spostrzegłam idąc z Frankiem siedzącym już w spacerówce. Jeden z sąsiadów chciał do niego zagadać i wyciągnął rękę. Został porządnie obszczekany. Teraz relacja na linii Franek- Gruszka jest naprawdę wesoła. Uśmiech nie znika mi z twarzy, kiedy stateczna i spokojna Gruszka biega za Frankiem trzymającym biszkopta w ręce (Grusia biegamy!!). Każde pudełeczko po jogurcie ląduje pod jej pyskiem (Grusi dam! Grusi dam!). Codziennie siada z nią na leżance i po prostu sobie siedzą. Gdy Gruszki dłużej nie ma na horyzoncie i spokojnie ukrywa się na leżance pod schodami, znad zabawek słychać: ,,gdzie ta nasza Grusia?” Pierwsza historia, którą Franek opowiedział Pani przedszkolance była właśnie o niej.  ,,Opowiadał, że jakaś wróżka do niego przyszła?” ,,Aaaaa Gruszka!!”

Końcówka ogona

Niedawno minęły trzy lata od dnia, w którym Grusia pojawiła się pod naszym dachem. Jest częścią naszej rodziny i nie wyobrażamy sobie żeby było inaczej.

 

P.S. Właśnie obok mnie siedzi Franek i słucha nieśmiertelnej piosenki ,,kundel bury” 😉 a za moimi plecami leży piesek-lisek- Grusia 🙂

Opublikowano:

Gabryś był burakiem, a Franio cebulą

,,Gabryś był burakiem a Franio cebulą”. Te słowa usłyszałam od mojego Franka po powrocie z balu warzywnego w przedszkolu…Wróć…Nie po powrocie tylko po 4 godzinach od czasu powrotu z przedszkola…

Nie wymuszaj! I tak Ci powie

Jestem zdania, że należy od dziecka nawet tak małego wymagać wielu rzeczy, ale na pewno nie należy od niego wymagać mówienia: ,,co działo się w przedszkolu”. Odpowiedź połączona ze wzruszeniem ramionami zazwyczaj brzmi: ,,nic”, dlatego nie naciskam, nie wymuszam, czekam. Za godzinę, dwie słowa same z niego wypłyną. Może być, że zacznie od opowiadania tego co działo się miesiąc temu u babci, ale w końcu dobrnie do tego co wydarzyło się dziś. Mogę zapytać o konkrety typu: co jadłeś na obiad (odp: papę) albo czy bawiłeś się dziś wozem strażackim, ale nie liczę, że uzyskam odpowiedź na pytanie: ,,jak minął Ci dzień w przedszkolu?”. Proste!

Wyjście z przedszkola-jedzenie

Franek po wyjściu z przedszkola nie myśli o niczym innym tylko o jedzeniu. Powroty do domu ciągnęły się w nieskończoność i przerywane były przysiadaniem na każdym krawężniku. Gadka nam się nie kleiła, a ja w kółko powtarzałam tylko: chodź i chodź. W trakcie któregoś już powrotu wymyśliłam, że może nie ma siły, bo jest po prostu głodny. W pobliskim sklepie kupiłam paluszki i co 30 metrów dokarmiałam. Od tego czasu jesteśmy w stanie przejść 800m jakie dzieli nasz dom od przedszkola w miarę raźnym tempem. Wystarczyło odczytać między wierszami potrzeby i zareagować. To wcale nie jest takie trudne!

Zabawa

Po powrocie z pracy do domu ostatnią rzeczą, o której myślę jest jeżdżenie autkiem po podłodze czy układanie puzzli. Stawiam na szafce w kuchni zakupy i zabieram się za robienie obiadu mimo, że za plecami wciąż słyszę: ,,bawić, bawić”. Mamy w kuchni obniżony blat (jeśli jesteście na etapie projektowania to rozważcie takie rozwiązanie), na który wchodzi Franek i razem gotujemy obiad. On obiera cukinię obieraczką, ja w tym czasie kroję inne warzywa. Potem razem wrzucamy je do garnka. Wiadomo, że robiąc z nim obiad wydłużam czas oczekiwania na upragniony ciepły posiłek, ale dzięki temu nie muszę się ,,bawić”. Zabawa robi się sama 😉

Czekanie

Macierzyństwo nauczyło mnie trudnej sztuki czekania. Pokłady cierpliwości, które wciąż i wciąż muszę odkopywać i powiększać, nigdy mi nie wystarczą. Macierzyństwo to powtarzanie w kółko tych samych czynności (nie możesz ,,nie położyć spać”, nie możesz ,,nie nakarmić”), słów (nie wolno, nie wolno, nie wolno) i czekanie. Czekanie aż zje, czekanie aż przyjdzie się przebrać, czekanie aż się odbrazi i przybiegnie dać całusa.  Jednakże czekanie i powtarzanie uczy i sprawia, że to my rodzice zyskujemy jakąś mądrość, której nie posiadaliśmy przed rodzicielstwem. Pokazuje nam jak wielu rzeczy w życiu już zdążyliśmy się nauczyć. To jest fascynujące!

Czerpcie z tej skarbnicy wiedzy jaką jest rodzicielstwo i nie zważajcie na trud rutyny i braku cierpliwości. To jest naprawdę przygoda, choć czasem naprawdę trudna i żmudna. Zawsze z tyłu głowy w chwilach zwątpienia mam myśl, że nie jestem jedyna. Nasi rodzice musieli przeżywać dokładnie to samo. Tak po prostu jest. Nie zmienimy tego, a życie bez dzieci to dopiero byłaby nuda.

Opublikowano:

Ha jak Haft- kilka informacji i filmik

Hafciarka Janome MC400E to mój ulubiony sprzęt. Im więcej z nią pracuję tym bardziej ją kocham. Nieskomplikowana w obsłudze, a można na niej tworzyć cuda…

,,Kocyków nigdy nie za wiele…”- od tego się zaczęło

Początkowo planowałam haftować tylko na kocykach i otulaczach, jednak wciągnęłam się w temat haftu tak, że z chęcią haftowałabym wszystko na wszystkim. Kocyki i otulacze to świetny materiał na prezent dla nowonarodzonego maluszka i jego rodziców, bo z  tej wyjątkowej okazji każdy chciałby podarować coś wyjątkowego. Na kocykach można wyhaftować imię maluszka, ale też datę urodzenia czy każdy inny tekst. Haft sprawia, że prezent jest dedykowany tylko temu maluchowi i jego rodzicom w tej szczególnej chwili.

Haftowane kocyki przydają się też w żłobku czy  przedszkolu, czyli wszędzie tam, gdzie zostawiamy kocyk dziecka wśród innych kocyków.  To jest praktyczne oblicze haftu.

Każdy produkt na stronie oznaczony tym symbolem, można spersonalizować haftem, wpisując w okienko na stronie produktu tekst haftu:

 

Haftowane plecaki i czapki

Plecaki z haftem rowerowym to mój autorski projekt. Jesteśmy rowerową rodziną i temat rowerów jest u nas cały czas na tapecie, stąd pomysł na haft z tym motywem. Do wyboru są trzy rodzaje rowerów: zjazdowy (nasz ulubiony), szosowy- dla tych, którzy lubią mknąć po asfaltach i nawijać kilometry na licznik oraz miejski, ponieważ uważam go za jedyny słuszny środek transportu w dużych miastach. Sama niedawno ze smutkiem na strych wstawiłam Gazele rocznik 86′, która służyła mi przez blisko 10 lat. Motyw rowerowej zjazdówki pojawia się od niedawna również na czapkach dla mężczyzn (bike lover). Niewielki wyhaftowany znaczek na prawym boku dzianinowej czapki dla mężczyzn.

Mieszkamy na Dolnym Śląsku i od urodzenia związani jesteśmy z tematem wędrówek górskich przez co góry są częścią naszego życia, dlatego powstał pomysł na grafikę właśnie z tym motywem. Plecak ,,mountains lover” powstał jako pierwszy, następnie dołączyły do niego komplety dla kobiet z tym motywem w wersji z kominem i wersji z szalem (long version)

Każda z tych rzeczy jest szyta i haftowana od podstaw w mojej pracowni. Każda wyjątkowa i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach

Co dalej?

Ponieważ głównie zajmuję się tematyką akcesoriów dziecięcych, zaczęłam haftować również na elastycznych chustach do noszenia dzieci. Haft umieszczam na środku chusty dzięki czemu łatwiej ją zawiązać i bardzo ozdobnie wygląda. Chusty są w standardowym rozmiarze 5m x 0.5m.  Haft nie rozciąga się jak nadruki. Na chustach haftuję również motyw masywu górskiego, ale piszcie do mnie, jeśli macie swój własny pomysł na haft! Stwórzmy razem coś niepowtarzalnego, czego nie ma jeszcze nikt.

Niebawem premiera mojego nowego porduktu: kieszonka na niemowlę (newborn pocket). Stworzona z dwustronnej, dzianiny bawełnianej, aby utulić noworodki do snu. Kieszonka daje dziecku poczucie bycia w brzuszku u mamy przez co śpi spokojniej. Kieszonka nie posiada zamków, rzepów czy nap, dzięki czemu jest dla maleństwa bezpieczna.  Łatwość zakładania kieszonki sprawia, że jest bardziej praktyczna niż bambusowe otulacze, którymi musimy nauczyć się dokładnie owijać maluszka i wciąż poprawiać, aby się z nich nie wyplątał. Kieszonki na niemowlę będą haftowane, delikatną, niewielką grafiką. Planuję stworzenie ,,ptasiej kolekcji”, czyli haftowania grafik związanych z ptakami polskimi. Niebawem pierwsza sesja z tymi produktami.

Hafciarka

Hafty wykonuję na jednoigłowej hafciarce JANOME MC400E. Hafty na kocykach i otulaczach zwyczajowo umieszczam w prawym dolnym rogu kocyka, a wielkość i dobór czcionki zależy od ilości znaków.

Akcesoria, na których możliwe jest zamówienie haftu:

Zwroty

Produkty z haftem wykonuję na indywidualne zamówienie klienta. Każdy napis jest niepowtarzalny i wyjątkowy, dlatego produkty spersonalizowane haftem nie podlegają zwrotom.

Poniżej kilka ujęć z pracy hafciarki Janome MC400E- mojej ulubionej maszyny 🙂

Opublikowano:

Rower i dziecko (Franek)- jak i od czego zacząć?

Rower i dziecko to przygoda, która trwa już dwa lata. Jak to możliwe zapytacie przecież nasz syn ma dopiero 2 i pół roku??! Dopiero albo aż…

Początki

Franek umiejętności motoryczne zdobywał naprawdę szybko, bo urodził się 15 kwietnia, a już w lutym następnego roku chodził w butach po trawie, co jak wiadomo jest sztuką samą w sobie. Może to kwestia genów, a może tego, że starałam się go stymulować i reagować na jego potrzeby jak najszybciej, aby jak najszybciej ,,sobie poszedł”. Np. widząc, że podnosi się do raczkowania, zrobiłam mu nieślizgające się podłoże z karimaty i po dwóch tygodniach już raczkował. Rwał się do wstawania- to w łóżeczku zawieszałam mu różne gadżety, po których mógł się wciągać. Tym sposobem pierwsze raczki były już w 6 miesiącu życia, a na nogach stał w 7. Ot taki mały spryciarz;) jak wiadomo od wstawania na nóżki do jazdy na rowerze długa droga i o tym poniżej.

Pierwszy rower (rowery)

Pierwszy rowerek biegowy Franek dostał od wujków na swój chrzest, czyli w 4 miesiącu życia. Modny, drewniany, czarny z napisem ,,enduro”. Stał koło łóżeczka, aby mały się na niego napatrzył. Jestem matką dość niebojącą się o moje dziecko, stąd w 7 miesiącu życia Franka posadziłam go na siodełku (siedział już bardzo pewnie) i woziłam po domu trzymając za kierownicę. Najbardziej lubił jak przednie koło wjeżdżało w meble i robiło bum! Każde dziecko lubi bum! Po kilku bumach rowerek lekko luzował się na śrubach, więc nie doczekał rundy honorowej po podwórku. W 10 miesiącu życia po dokładnym pomiarze długości nóżek co wbrew pozorom nie jest takie proste (mierzenie nóżek, które cały czas są w biegu) postanowiliśmy kupić jeździk.

Pukylino

Po przeglądnięciu miliarda stron z plastikowymi kaczuszkami, pieskami i żabkami na kółkach zdecydowaliśmy się na zakup jeździka PUKYlino. I był to strzał w 10! nie posiada on żadnych wystających z przodu elementów, które dziurawiłyby ściany w przypadku BUM. Przypomina nieco rower, więc nie uczymy dziecka jeździć na kaczce tylko tak jak trzeba- na rowerze. Puky ma prostą niezawodną, niepsującą się konstrukcję i przez rok użytkowania nie zadziało się z nim kompletnie nic. Jedyny minus jest taki, że ciężko się nim jeździ po szutrze, a taki posiadamy pod domem, bo mieszkamy pod lasem. Dla rodzin mieszkających w cywilizacji tj. mających chodnik pod domem, jedyny minus niknie w morzu plusów.

Biegówka- rowerek biegowy

Pod koniec drugiego roku życia, kiedy noga była jeszcze ciut za krótka, znalazłam najniższy na rynku rowerek biegowy, czyli Kinderkraft 2way. Warto kupić używaną, bo docelowo chcieliśmy żeby Franek jeździł na Kellysie. Kellys jest o 2-3 centymetry wyższy i nieco cięższy, dodatkowo kierownica kręci się o 360 st. Dziecko musi już umieć trzymać rower i w miarę ogarniać jazdę, żeby sobie z nim poradzić. Zatem na Kinderkrafcie stawiał pierwsze rowerowe kroki. Na tym etapie polecam schować wszystkie jeździki, chodziki, kaczki i pieski, ponieważ dziecko musi nauczyć się trzymać równowagę na rowerku biegowym, a to wcale nie jest takie łatwe. Musi podjąć TRUD, zatem jak obok będzie stał puky, na którym trudu podjąć nie trzeba, wiecie na co padnie wybór. Wiadomo, że na rowerku biegowym można pojechać szybciej, dalej itd.. ale to wiemy my, rodzice. Dziecko musi ten temat dopiero zgłębić, więc dajmy mu szansę i nie zawracajmy głowy kaczkami na kołach.

KASK!!

To chyba najważniejsza kwestia związana z przyjemnością jaką daje jazda na rowerze. Od pierwszych wyjazdów z domu uczmy malucha, że jazda w kasku jest konieczna. Nie zmuszajcie do jeżdżenia w kasku, kiedy dziecko nie umie jeszcze jeździć. To za dużo. Najpierw niech szlifuje równowagę w domu, niech zacznie czerpać z tego przyjemność. Potem wprowadźcie temat kasku. Warto ubrać go samemu, wziąć rower i razem z maluchem zrobić rundę honorową po osiedlu (obniżając siodełko i też odpychając się nogami). Można też ( i tak było w naszym przypadku) zabrać malucha na jakąś imprezę rowerową (np bikemaraton), gdzie wszyscy jeżdżą na rowerach i wszyscy jeżdżą w kaskach! Dzieci są naprawdę świetnymi obserwatorami. Nie zapominajcie o tym! Zanim kupicie najtańszy kask z marketu poczytajcie troszkę. To naprawdę istotny wybór. My kupiliśmy kask z zabudowaną potylicą i daszkiem, ponieważ mieszkamy na szutrach i jeździmy na asfaltowym pumptracku upadki naprawdę bywają bolesne. Daszek sprawdza się kiedy maluch nurkuje twarzą w kamienie. To naprawdę nie są żarty. Kolano się zagoi, ale już stłuczona głowa może być większym problemem!! Nie oszczędzajcie na bezpieczeństwie waszego dziecka!! A co kiedy jest zimno lub wieje? Pod kask można założyć cienką, dobrze przylegającą czapkę, która zasłoni uszy.

Czy zawsze było kolorowo?

Nie. Wiele razy wychodziliśmy z rowerem i już na końcu podjazdu było ,,nie ciem”. Wiele razy dojeżdżaliśmy ochoczo do punktu A i powrót był już z rowerem  w rękach, jednak nie zrażaliśmy się tym. Dziecko musi się NAUCZYĆ LUBIĆ rower tak samo jak musi się nauczyć lubić marchewkę i brokuła, a naszym zadaniem jest mu w tym pomóc. Prosta sprawa 🙂

P.S. Dobrym rozwiązaniem jest też wykorzystanie efektu placebo. Dziecko mówi, że już nie chce, bo ciężko, więc o kierownicę zaczepiamy np. smycz od kluczy i ,,ciągniemy” (pozornie). To naprawdę ułatwia mu sprawę i chętniej przebiera nogami. ,,na linkę mamaa na linkę!”


Poniżej zdjęcie Franka na pierwszym Kids Bike Maratnonie w Bielawie. Sam machnął całe kółko zdobywając zaszczytne ostatnie miejsce. Miał dwa lata i trzy miesiące   a obok zdjęcie jak przypinamy rower pod przedszkolem.

Opublikowano:

Podróż z dziadkiem

Jesień nadeszła, więc czas na kilka wspomnień i przemyśleń tym razem nie związanych z tematyką dziecięcą. Wręcz przeciwnie- tematem będą seniorzy, a konkretnie jeden senior. Mój dziadek, z którym miesiąc temu wybrałam się w podróż do miejsca, gdzie spędził młodość.

,,Majeczko to kiedy jedziemy…?”

Jakiś czas temu postanowiłam zabrać mojego dziadka Władka(rocznik 33) w podróż do miejsca,  gdzie spędził młodość- wieś Stuchowo, woj. Zachodniopomorskie.  Okazało się,  że to tylko 5 godzin podróży od miejsca, w którym mieszkamy! Od kilku lat słuchaliśmy opowieści o tym jak dziadek zakładał pod Stuchowem elektrykę; jak konno jeździł do Dalna i na których to polach zrzucono radiostację- czego podobno dziadek był świadkiem. Każdy w naszej rodzinie znał te historie jak własną kieszeń i nie przywiązywał do nich większej wagi. Tak jeździł, tak zakładał, tak strzelał do puszek (,,A oko majeczko miałam dobre!”) żeby wygrać potyczkę z wysoko postawionym oficerem. Potyczkę o moją babcię (!)

Pewnego razu pomyślałam sobie: dlaczego by nie zabrać dziadka do Stuchowa, a potem chociaż na jeden wieczór nad morze, nad którym nie był 30 lat(o zgrozo) Pomysł podsunęłam dziadkowi już w lipcu, żeby do września miał o czym myślec i co planować. Dziadek generalnie jest zdrów, więc obaw nie miałam. Spakował insulinę, maszynkę do mierzenia cukru i 10 słodkich bułeczek (4 Majeczko to będzie za mało. Kupię 10. To kiedy jedziemy?!) ,,dziadek weź czapkę, weź szalik, bo we wrześniu nad morzem wieje…”

,,Wspaniała ta infrastruktura”

No i pojechaliśmy. W środku tygodnia, kiedy cała rodzina idzie do pracy, Franek do przedszkola, ja wsiadłam w auto i pojechałam z dziadkiem w Zachodniopomorskie. Do autostrady A4 z Wałbrzycha jest około 45 minut drogi. Dziadek mało się odzywał, bo był w stresie. Za to na autostradzie otworzył się worek historii przerywanych zachwytem nad INFRASTRUKTURĄ (,,piękne te wiatraki Majeczko! Wracając do tego roweru, o którym Ci opowiadalem…”) 6 godzin nieprzerwanie opowiadał. Historie z lat 40 przeplatały się z tymi z lat 70 (praca na kopalni) i 90. Ilość nazwisk (kto wie czy prawdziwych była nie do zapamiętania) przerwą w słowotoku był tylko czas na zjedzenie żurku w autozatoka w okolicach Międzylesia, nota bene polecam! (,,majeczko pppyszszny ten żurek”- po blisko miesiącu wciąż go wspomina) Przystanki robiliśmy co półtorej godziny, bo dziadek przestawił mówić oho! Spadł cukier- myślę. Przystanek. Bułeczka. I znowu jedziemy po wspomnienia z młodości.

Na miejscu

Zmęczenie podróżą i emocje związane z INFRASTRUKTURĄ sprawiły, że po dojechaniu do Stuchowa nie było fajerwerek. ,,Nic nie pamiętam Majeczko, tu nic nie jest takie samo”. I tu z pomocą przyszedł przypadkiem napotkany, miły Pan (dzień dobry mam 85 lat pracowałem na kopalni, a kiedyś tu mieszkałem- zagadał Władek), który też pracował na kopalni tyle, że na Śląsku, a w Stuchowie mieszka od dawna. No i się zaczęło…,,A tu były sanki, a tu gorzelnia, tam piękne sady, a w pałacu pierwszy raz się upiłem Majeczko, że cała sala mi się bujała…” Stuchowo to nieduża wieś niedaleko Kamienia Pomorskiego. W odnowionym pałacu mieści się teraz szkoła, a duże gospodarstwo rolne ze starą zabytkową gorzelnią znajduje się w rękach prywatnych, więc nie można go zwiedzać, a szkoda, ponieważ gorzelnia z daleka wyglądała bajecznie.

Do Międzyzdrojów dojechaliśmy po 17 i mieliśmy iść zobaczyć to morze po 30 latach, ale ,,idę spać. DEFINITYWNIE. Do rana.”, więc ubrałam czapkę, szalik i na plażę wybrałam się sama. Swoją drogą jestem fanką wrześniowego Bałtyku. Nie ma piękniejszego morza niż on. Wracając koło pokoju dziadka tylko nadstawiłam ucho czy chrapie.

Rano:

– Dziadku zjemy spokojnie śniadanie i (tu chciałam rozciągnąć wizje jak to będziemy spacerować po plaży i wdychać zdrowotny jod)…
– i będziemy wracać- wszedł mi w słowo dziadek.

zdjęcie z ,,tą wodą"
zdjęcie z ,,tą wodą”

Więc poszliśmy zobaczyć ,,tą wodę”, zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do domu.

 

 

Czy to miało sens

Cała nasza podróż może wydać się bezsensowna, ale ja uważam, że miała sens dlatego o niej piszę. Od tamtego czasu dziadek ma o czym opowiadać. Spełniłam jego marzenie i teraz wie jak wygląda to Stuchowo i już ,,nie muszę tam jechać Majeczko”, ale szkoda, że ,,o Dalno nie zahaczyliśmy, ponieważ tam podłączyłem trafostacje na sucho…”

P.S. Jeśli macie jeszcze dziadków i babcie zatrzymajcie się na chwilę, posłuchajcie o czym mówią i może uda Wam się zrobić dla nich coś wyjątkowego.

Opublikowano:

Podróże z dzieckiem (testowane na Franku)

Podróże z małym dzieckiem- da się!

Kiedy przychodzi na świat mały człowiek wszystko się zmienia (nie słuchajcie tych, którzy twierdzą, że da się przecież życie prowadzić tak samo). Wiadomo, że słońce wciąż wschodzi i zachodzi, a po wiośnie przychodzi lato, ale ty już tego lata nie zbierzesz się spontanicznie z jedną walizeczką do Barcelony. Podróż z małym dzieckiem wymaga czasu i posiadania zmysłu logistyka (możesz go mieć lub wypracować). Relacja z dzieckiem to nauka dyscypliny- uczycie się jej od siebie na wzajem (ty uczysz malucha jeść elegancko łyżeczką, a on uczy Ciebie, że jak chcesz gdzieś jechać to się przygotuj!)

Co zabrać

Ten akapit powinnam zacząć od oklepanego ,,to zależy”. Rzeczywiście inaczej podróżuje się z noworodkiem a inaczej już z przeszło dwulatkiem, ale baza pozostaje taka sama: picie, przekąska (u najmniejszych maluszków wiadomo kto zapewnia i jedną i drugą kwestię), mokre chusteczki, pieluchy i coś na przebranie.

zacznę od końca

,,Coś na przebranie” potrzebne chyba w każdym wieku. Zawsze, gdy ubierzesz dziecko w czysty, elegancki zestaw ciuszków coś się na niego wyleje. Pal licho, gdy jest to woda. Wyschnie. Gorzej jak jest to sok z marchewki, wtedy już ślad pozostanie na wieki…:) a jesteś właśnie w drodze na imieniny babci. Twoje dziecko jest jedynym maluchem na tej imprezie, więc już wiesz kto będzie miał najwięcej zdjęć z plamą z marchewki na białym, szykownym bodziaku typu ,,polo”. Historia zapamięta twoje dziecko jako ,,zawsze miał gdzieś plamę”. Możesz się tym nie przejmować- racja! Przecież brudne dziecko to szczęśliwe dziecko! Ale możesz po prostu pamiętać o tym, żeby zawsze w torbie mieć zestaw ciuchów na zmianę. Proste!

mokre chusteczki i pieluchy

Temat, z którym nie rozstaniesz się przez następne kilkanaście lat. One przydają się dosłownie do wszystkiego. Wytrzeć buzię- mokra chusteczka. Przetrzeć buty- mokra chusteczka. Jemy lody- o rany nie mam mokrej chusteczki! Ostatnio zastanawiałam się jak poprzednie pokolenia żyły bez mokrych chusteczek. Do dziś pamiętam mały, zwilżony ręczniczek zawinięty w worek foliowy, który dawała mi mama na wycieczki. ,,Wyciągniesz go sobie i umyjesz rączki przed i po zjedzeniu kanapek” Mhm. Nigdy tego nie robiłam, a podgnity ręczniczek po trzech dniach leżenia na dnie plecaka wracał do domu.

jedzenie

U niemowląt to mama zapewnia i picie i posiłki. U starszych dzieci…też mama 🙂 Kiedy Franek miał 5 miesięcy pojechaliśmy samochodem na wakacje do Chorwacji. Mieliśmy już ustalony tryb dzień- noc i karmienie o określonych porach. Karmiłam piersią co trzy godziny. W tamtym okresie zawsze miałam ze sobą mały termos z wrzątkiem i małą butelkę z zimną wodą. Przygotowanie kaszki czy mleka modyfikowanego z tym zestawem zajmuje dosłownie minutę i nie musisz szukać miejsca, gdzie serwują wrzątek. Mieszasz gorącą wodę z zimą w proporcji 1:4 dosypujesz mleko i gotowe. Jest to też dobry patent na dokarmianie butelką nocą.  Nie musisz iść do kuchni i grzać czajnika wody. Masz wrzątek w termosie w sypialni, mieszasz do z zimną wodą i gotowe. Proste! Wrzątkiem z termosu możesz też podgrzać zupki ze słoiczka. Dolewasz troszkę wrzątku, mieszasz i gotowe. Proste!

Starsze dzieci to już prostsza sprawa, ale i dla nich nie zapomnij o przekąskach i piciu! Bez tego ani rusz. Nerwowe poszukiwania wiejskiego sklepu otwartego w niedzielę, żeby kupić piciuuuuuuu nie umilą żadnej, nawet najkrótszej podróży. Dobrze jest brać picie w bidonie. Można go wykorzystać wielokrotnie i nie zaśmiecać Ziemi plastikowymi butelkami z dziubkiem. Jako przekąska sprawdzi się banan (energia na dłużej), jabłko pocięte na cząstki w pojemniku (U nas jabłka w całości, ze skórą. Franek takie lubi najbardziej, a dodatkowym plusem jest, że zajmują go na długi czas), chrupki kukurydziane, paluszki czy placki z banana (1 banan, 1 jajko, 1 łyżka mąki. Blendujesz i smażysz placuszki na suchej patelni)

Wychodzimy z domu

Odwieczny problem w chłodne pory roku. W domu jest ciepło. Na zewnątrz jest zimno. Auto mąż nagrzał wcześniej- fajnie, ale w kombinezonie będzie przecież za ciepło, a za pół godziny wysiadamy. Ubieranie-rozbieranie-ubieranie. Żaden maluch nie znosi tego dobrze. Odpinasz pasy, zapinasz, czy dobrze zaciągnęłaś…Korba. Tu  z pomocą przychodzą nam kocyki do fotelika samochodowego. Wersja na lato- cienka bawełna chroni przed sztucznym obiciem fotelika, jak również świetnie sprawdza się w wietrzne dni, kiedy wyciągasz malca z auta. Zawijasz w kopertę i spokojnie przenosisz fotelik, a nawet możesz dojść z nim gdzieś dalej. Zimą- u nas sprawdził się patent na kurtkę i ciepły kocyk do fotelika wersja zima. Owijasz malucha po uszy tym kocykiem i naprawdę zima nie jest mu straszna. Nie musisz ubierać dziecka w kombinezon z którego zawsze zsuwają się pasy i balansujesz na granicy bezpieczne dziecko versus zdrowe dziecko. Wychodząc z domu pamiętaj o najważniejszym. Jedzenie.

W aucie

Zawsze w każdą nawet najkrótszą podróż wychodziliśmy  z domu z najedzonym Frankiem. Wtedy mieliśmy pewność, że przynajmniej płacz związany z głodem mamy wykluczony. Poza tym najedzony malec to senny malec, czyli śpiący po jakiejś chwili. Oczywiście powroty po dniu pełnym wrażeń- płacz- smoczek- muzyczka nieco głośniej. My ogólnie nie jeździliśmy z Frankiem z tyłu. Dzięki temu przyzwyczaił się do błogich chwil w samotności i zupełnie mu to nie przeszkadza. Do dziś siedzi tyłem sam. Radzi sobie z tym. Ma dwa i pół roku i ani razem nie jechał z bajką na tablecie. Da się! Naprawdę! Nie przyzwyczajacie dzieci do bajek i tabletów na każdym kroku! Tablet może spaść i wyzionąć ducha! Co wtedy?!

Każda przerwa w trakcie dłuższych podróży to wyciągnięcie malucha z fotelika (niech Wam ręka uschnie jak będziecie chcieli zrobić to w trakcie jazdy), karmienie i parę chwil leżenia na brzuchu i pełzania po tylnej kanapie. Dlatego podczas pakowania tylna kanapa fajnie jak pozostaje pusta. Przydaje się, kiedy trzeba nakarmić malucha w miejscu, gdzie nie ma nic i wieje.

Na dłuższe podróże warto zabrać ze sobą koc- matę, który w czasie postoju rozkładamy na trawie. Pozwalamy maluchowi chwilę poraczkować, popełzać czy po prostu poleżeć i rozciągnąć małe nóżki. Oczywiście jak pogoda na to pozwala. Chwila ćwiczeń na świeżym powietrzu, konkretna porcja jedzenia, pamp do wymiany i można jechać kolejne dwie-trzy godziny.

Po przyjeździe na miejsce

Po dłuższych podróżach (kilka godzin) zawsze rozkładałam koc na podłodze w pokoju hotelowym czy pod domkiem campingowym i pozwalałam maluchowi się poruszać. W zależności od czasu dojazdu malucha trzeba nakarmić, przebrać, aby jemu było miło. Dzięki temu my mamy czas na rozpakowanie auta i odnalezienie się w nowym miejscu.

Podróże dwa lata temu a teraz

Podróże z maluchem od 18 miesiąca życia to już pestka. Możesz dać dziecku do picia herbatę na stacji z normalnego kubka. Malec może zjeść hot-doga, kiedy nie wzięliście banana, który towarzyszył Wam przez ostatnie półtora roku. Poza tym można się już dogadać, a to jest naprawdę klucz do sukcesu w wielu sytuacjach. Także kochani rodzice to tylko półtora roku i potem jest już bajkowo. Chyba, że pozwolicie maluchowi nabyć złych nawyków. Wtedy będziecie musieli walczyć z ciężką materią nieco dłużej. Życzę wytrwałości, cierpliwości i samych przygód!! Wszystko jest w Waszych rękach!!

Opublikowano:

Śpiworki – co i jak?

Śpiworki – co i jak?

Śpiworek-gąsienica -mumia

Dla najmłodszych podróżników


Puchowy Śpiworek typu mumia

Na jesienno – zimowy spacer

Dla niemowlaka każdy spacer to przygoda, a dla mamy kojące chwile ciszy. Umil czas maleństwu i sobie. Śpiworek w ekspresowym tempie utuli go do snu. Miękkie, puchowe wypełnienie połączone z przyjemnym polarkiem minky nie pozwoli zmarznąć nawet podczas kilkunastostopniowych mrozów (testowałam na Franku ;)) Dodatkowo przed chłodem chroni ściągacz w górnej części panela przedniegoMateriał zewnętrzny jest wodoodporny, więc nie straszna mu jesienna słota. Gąsienica jest dla mamy sporym ułatwieniem: ubieramy maleństwo w czapę, kurteczkę i hyc do śpiworka (zamki z dwóch stron ułatwiają używanie) Koniec z ciężkim zakładaniem zimowych kombinezonów!! Rozwiązanie jest jedno- śpiworki, gąsienice od #projektkocyk   Zamiast materacyka i kocyków do gondoli wkładasz śpiworek i jedziesz na długi spacer!!

Na  wakacyjną przygodę

Sezon wakacyjny w pełni, w głowie wciąż wspomnienia z  podróży  z namiotem w nieznane. Czasy się zmieniły, mamy maleńkie dzieci i nie wiemy jak z nimi zorganizować wakacyjną przygodę. Przedszkolak w namiocie to nie problem, ale co zrobić z niemowlakiem?! Rozwiązaniem są campingowe śpiworki –mumie zaprojektowane z myślą o letnich przygodach.  Jest to lżejsza wersja zimowych śpiworków do gondoli. W środku wyłożona oddychającą bawełnianą dzianiną dresową, która wspaniale otuli do snu. Wypełnienie to miękki , przyjemny puch,  dzięki któremu maluch będzie miał komfortowo i wygodnie.  Materiał zewnętrzny to wodoodporna, wzorzysta tkanina.  Śpiworek mumia posiada dwa zamki ułatwiające użytkowanie oraz  ściągacz w   w górnej część panela przedniego, aby jeszcze lepiej zabezpieczyć przed wieczornym chłodem. Każdy z nich spakowany w nieprzemakalny worek zmieści się nawet w sakwie rowerowej.


SPiworek typu mumia dla najmlodszych

Przetestowane na Franku

Śpiworki mumie są moim autorskim projektem, który powstał pewnego dnia na kartce brystolu. Rysując go nie zdawałam sobie sprawy z ilości zastosowań i ułatwień jakie przyniesie. Spanie  w miejscach, gdzie ciężko o łóżeczko turystyczne przestało być problemem. Kładłam  Franka otulonego w puchowy śpiworek na łóżku w hotelu i  spałam spokojnie, wiedząc, że nic mu nie grozi. Druga sprawa to ilość pakowanych rzeczy. Położenie dziecka w śpiworku na łóżku w hotelu eliminuje zabieranie ze sobą łóżeczka, materacyka i kompletu do spania. Spakowany w worek nie zajmuje dużo miejsca, więc zmieści się nawet w sakwie rowerowej. 

wiek dziecka

Śpiworki mumie mają  jeden rozmiar 45×80 cm. Idealnie mieszczą się w każdej gondoli. Ponieważ zima była sroga, używaliśmy śpiworka  do pierwszego roku życia  Franka. Coraz więcej głowy wystawało z kokona.

sezon

Używaliśmy śpiworka zimowego od października do kwietnia.    W cieplejsze dni  w śpiworku  dziecko może być w samej bluzie a nawet koszulce, czyli szybciej wybrać się na spacer.  Śpiworek letni  to rozwiązanie wiosenno-wakacyjne. Sprawdzi się w chłodne czy wietrzne wieczory lub w campingowo-hotelowych warunkach.

kolorystyka

Wzór i kolor śpiworka można dobrać do koloru gondoli, czy łóżeczka turystycznego. Każdy z nich jest wyjątkowy i szyty ręcznie od podstaw.  

 

Częste pytania o śpiworki-mumie

Czy maluch w śpiworku musi być ubrany w kombinezon?

Absolutnie nie!! To właśnie po to został zaprojektowany!! Moja dobra znajoma, pewnego razu napisała do mnie: ,,jak dobrze, że nie muszę upychać tych małych rączek i nóżek w kombinezon” 🙂 idea śpiworka była taka, że ubieramy małego  w byle co, czapa na głowę i wychodzimy. To naprawdę tak działa!

Jak przewozić śpiworki?

Do każdego śpiworka dołączam prosty, standardowy worek , w którym można go przewozić lub schować do szafy. Worek posiada sznurki, które ułatwiają użytkowanie. Śpiworek spakowany w ten sposób zajmuje bardzo mało miejsca. 

Jak prać śpiworki-mumie?

Śpiworki jak większość akcesoriów posiadających puchowe wypełnienie należy prać na programie delikatnym w 30 st. Najlepiej do bębna pralki razem ze śpiworkiem wrzucić kilka piłek  tenisowych,  dzięki którym unikniemy zbicia puchowego wypełnienia.

Jaki rozmiar mają śpiworki?

Śpiworki mają jeden rozmiar: 45x80 cm. Idealnie sprawdzą się w każdej gondoli (są miękkie i świetnie się układają), łóżeczku turystycznym, w namiocie, na biwaku czy w hotelu.

Skomponuj idealny śpiworek

Jak to zrobić? To proste!  Wejdź do panelu ,,zaprojektuj śpiworek” i baw się doborem  wzorów i kolorów! Twórz! Kombinuj! Skomponuj coś wyjątkowego, czego nie ma jeszcze nikt.  Wybrałeś już materiały główne? Resztę zrobimy za ciebie! Już niebawem przypełza do ciebie śpiworkowa gąsienica, która ukołysze Twoje maleństwo do snu.  Wybierasz się w wakacyjną podróż! Dobierz kocyk do fotelika samochodowego i chroń malucha przed  sztucznymi materiałami obiciowymi.


Zaprojektuj śpiworek

Opublikowano:

Słoń – jak powstawał

Słoń – jak powstawał

słoń – przytulak – bez niego nie zasnę

Historia pewnego słonia

W pewną zimową noc siedząc z już nie małym brzuchem na pasku naszły mnie lęki, że przecież nie mam jeszcze ani pół wyprawki dla mojego pierworodnego. Przecież to już niebawem, a ja zamiast biegać po sklepach i wybierać ciuszki, kocyki i smoczki, snuję się całymi dniami po lesie z psem albo zajadam się jogurtami. Do roboty Majka!- pomyślałam. Siadłam do maszyny i zaczęłam od szycia najbardziej potrzebnej noworodkowi rzeczy, czyli przytulanki (tak…kocyki, śpiworki i ochraniacze poszyłam później)  I tak oto właśnie powstał słoń prekursor. Wysokość jego to 20 cm, mały chudy, zabiedzony, ale uśmiechnięty.

Towarzyszył Frankowi długi czas dopóki nie wpadłam na pomysł, żeby poddać go lekkiemu tuningowi i powiększyć kilkukrotnie. Naszkicowałam wzór na szarym papierze (dokładnie była to ekologiczna torba z ikei) i zaczęłam produkcję. Szablon, ten sprzed kilku lat, mam do dziś. Słoń okazał się świetnym sposobem na prezenty dla znajomych maluchów, poduszką dla kilkumiesięcznych szkrabów, które uwielbiają ciągnąć go za nogi i trąbę, po poduszkę podróżną dla dorosłych. Choć szycie jednego osobnika to niemałe wyzwanie, bardzo lubię to robić, bo to bardzo wesołe zajęcie.

Słoń przytulak

Słoniowa galeria

Każdy z nich jest wyjątkowy i istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie pojawi się już taki drugi. Tutaj pokażę wam słonie, które wyszły już w świat z mojej pracowni. W zakładce gotowe produkty można znaleźć kilka osobników, które poszukują nowego domu. Nie ma ani jednego? Może się zdarzyć i tak!! Odwiedź naszą stronę za kilka dni, może właśnie wypychamy im brzuszki i przyszywamy kolorowe uszy!!


Poszukaj słonia